czwartek, 10 grudnia 2015

2. You can drop an anchor

Kiedy trzej uzbrojeni żołnierze wtargnęli do środka, Nora pociągnęła Lucy za rękę na podłogę, jednocześnie przewracając okrągły stolik, by zrobić z niego prowizoryczną fasadę. To uratowało je przed natychmiastowym pojmaniem i dało im trochę czasu do namysłu.
- Co się dzieje? - wystraszona Lucy kuliła się jak tylko mogła.
- Nie wiem, ale nie martw się. Wyjdziemy z tego...
Jeden z żołnierzy strzelił do człowieka uciekającego w stronę toalety. Obydwie dziewczyny widziały to z bliska. Widziały także kałużę krwi, która z każdą sekundą rosła pod martwym ciałem. Blondynka zamknęła oczy, próbowała uspokoić drżenie rąk i kołatanie serca. 
Napastnicy zostali ostrzeżeni przed unikalną mocą Lucy Goodman, ale nawet to nie pomogło im w chwili, gdy musieli mierzyć się z jej iluzjami podczas tej misji rekrutacyjnej. 
Każdy z nich zobaczył przed sobą inny świat – piękny i idealny... Każdy z nich trzymał w dłoni oszroniony kufel pełen najlepszego piwa. Każdemu objawił się najnowszy model mercedesa, do którego kluczyki trzymała, idąca w ich kierunku top modelka. 
Wokół panowała martwa cisza. 
Avery, dotąd razem z Robin wciśnięty we wnękę pod barem, zaczął czołgać się w kierunku sali. Dziewczyna złapała go za ramię i wcisnęła mu w skórę paznokcie, jednocześnie przybierając morderczą minę. Zrozumiał, ale nie zamierzał się poddawać. 
- Co, do cholery, robisz?! - szepnęła wzburzona.
- Muszę ją znaleźć, to nie miało tak wyglądać!
- Kogo? Norę? Nic jej nie będzie, ogarnij się.
- Oni są tu po nią. Po nią i blondynę. To przeze mnie...
Jego mina wskazywała na silne poczucie winy, ale Robin nie potrafiła tego zrozumieć. Patrzyła na chłopaka ze ściśniętymi brwiami. 
- Jak to?.. - zapytała po chwili.
Nie odpowiedział. Nerwowo zerkał to na nią, to na drzwi, próbował dojrzeć, co dzieje się na ladą,.
Lucy patrzyła na żołnierzy znad krawędzi stolika. Ledwo stali na nogach, kołysając się w przód i w tył, jakby właśnie ucinali sobie drzemkę. 
- Teraz musimy uciekać – powiedziała, łapiąc Norę za rękę.
Obydwie niepewnie podniosły się, a brak reakcji ze strony żołnierzy upewnił je w przekonaniu, że mogą bezpiecznie ewakuować się z lokalu. Nie domyśliły się jednak, że cała ulica została zamknięta i obstawiona takimi samymi uzbrojonymi typkami w czarno-zielonych kombinezonach. Kiedy tylko otworzyły drzwi, stanęły oko w oko z całą armią. 
Później widziały już tylko czyjeś oczy. Niezwykłe, bo fioletowe. 

*

Nora budziła się długo i w ogromnych bólach. Nie potrafiła poprawnie określić źródła dopóki nie otworzyła oczu. Znajdowała się w sterylnej, białej sali szpitalnej i podłączona była do dziwnej aparatury. Przez kroplówkę do lewej ręki przetaczano jej niebieskawy płyn. Pomyślała, że to jest właśnie powód jej cierpienia i ogólnego otępienia umysłu. 
Dopiero po kilku sekundach zarejestrowała obecność innego człowieka. Przykryty cienkim kocem Avery smacznie spał na fotelu w kącie niedużej salki. 
- Hej... - szepnęła, jednak suchota w gardle nie pozwoliła jej być dostatecznie głośną, by zwrócić na siebie uwagę chłopaka.
Rozejrzała się i zauważyła szklankę z wodą na stoliku koło głowy. Chciała ją chwycić, jednak nie potrafiła kontrolować swojego ciała tak dobrze, jak wcześniej i strąciła naczynie na posadzkę, rozbijając je na drobne kawałeczki. 
Przynajmniej poskutkowało...
Avery natychmiast otworzył oczy i spotkał spojrzenie Nory. Przeczesał dłonią włosy, wstając i schylając się, by wyzbierać szkło. 
- Czemu jestem w szpitalu...? - szepnęła wciąż osłabiona.
- To nie do końca szpital...
Odłożywszy kawałki na stolik, przysiadł obok niej na łóżku. Z rzadka zerkał na nią, chociaż ona nie spuszczała z niego wzroku nawet na sekundę. 
- Jesteś w szpitalnym skrzydle... w takim niby biurowcu na Manhattanie... Ale nie bój się, nie chcą ci zrobić krzywdy.
- To byli ci...
- Ci z baru? Tak...
- Uciekłyśmy... ale tam za drzwiami czekało ich więcej... ja... nie pamiętam co się stało...
- Tiaa, jeśli o to chodzi... - Nerwowo wyłamywał kostki w dłoniach. - Mogła trochę przesadzić, kiedy próbowała pozbawić was przytomności. To znaczy blondyna jest cała, ale ty miałaś mniej szczęścia. Wyjdziesz w tego, Hunt. Jeszcze dzisiaj.
- A-ale... kto? Kto próbował...? Czemu?
- Eh... No ona... ta moja... moja matka...
Nora nagle ścisnęła brwi. 
- Avery, nie wiem co podają mnie, ale tobie też wcisnęli świństwo. Lilia nie żyje od paru lat... Byłeś na pogrzebie. Po czym uciekłeś bez słowa... ale nie gniewam się za to. 
- O to chodzi. Wtedy się dowiedziałem.
- Człowieku, co się tutaj dzieje? O czym nie wiem? Dlaczego tu jestem?! - warknęła, czując się coraz gorzej, ale za to bardziej świadomie.
- Ona przyszła na pogrzeb i powiedziała mi. Nie chciałem uwierzyć, ale zrobiłem badania. Trzy razy... Lilia nie była moją prawdziwą matką, adoptowała mnie.
Odwrócił wzrok, nie chcąc by Nora widziała wtedy jego twarz. Za każdym razem gdy o tym myślał czuł zbyt duży natłok emocji i zwykle nie potrafił sobie z tym poradzić po męsku. Wciąż było zbyt wcześnie. 
Poczuł jej dłoń na swojej i odważył się popatrzeć w jej oczy. 
- Nie powiedziałeś mi.
- Nie... Musiałem się z tym uporać sam.
- Kim ona jest?
- To materiał na całą powieść... ale w skrócie... jest jak ty, wiesz? Ma te zdolności. Tylko inne, o wiele bardziej... wow. Takie... wow. Pracuje dla tych, do których należy cały ten biurowiec. To taka organizacja, w której pracują tacy jak wy.
- Nie mam żadnych zdolności – warknęła, próbując zachować neutralny ton, ale raczej się jej to nie udało.
- Masz, masz, Hunt. Powiedziałem jej o tobie i dlatego to wszystko.
- Co!? Przez ciebie... ci żołnierze... Boże! Avery!
- Hej, hej! - Uniósł dłonie w geście niewinności. - Nie denerwuj się, bo będziesz miała zmarszczki i posłuchaj przez chwilę... oni są w porządku. Po prostu, no, nie mogą tego tak zostawić. Wszystko będzie dobrze.
- Jak mogłeś... - Pokręciła głową z niedowierzaniem, a w jej oczach stanęły łzy. - Jak, parszywy kretynie, mogłeś mi to zrobić... Wyjdź!
- Ale Nora...
- WYJDŹ! - przerwała mu, zaciskając dłonie w pięści. - Nie chcę cię więcej widzieć!
Chłopak szybko podniósł się na równe nogi, ale jeszcze przez chwilę stał przy jej łóżku, licząc, że zmieni zdanie. Gdy to się jednak nie stało, westchnął sobie cicho i wyszedł, w drzwiach mijając się z lekarzem, trzymającym wypis. 

*

Lucy była przetrzymywana w bardzo małym, kwadratowym pokoiku bez okiem. Siedziała przy stoliku, sparaliżowana jakimś specyfikiem. Nie mogła się ruszyć. Cały czas gapiła się na drzwi, które znajdywały się idealnie naprzeciwko niej. W szparze pod nimi widziała jasne światło, takie samo jakim emanowała mała lampka, gdzieś za jej plecami. 
Bała się. 
W jej życiu było już wiele momentów, kiedy umierała ze strachu, paniki czy zmartwienia, ale samotny pobyt w tym pomieszczeniu... bez możliwości ruchu... to wydarzenie plasowało się na szczytowej części listy. 
Do pokoiku wtargnęła jakaś kobieta. Była ubrana na czarno, brązowe włosy spięła plastikową klamrą. Lucy nie mogła zobaczyć jej twarzy, dopóki ta nie usiadła na krześle po drugiej stronie stołu. 
Pierwszym co rzucało się w oczy były... no właśnie, jej oczy. Kobieta posiadała niezwykłe, fioletowe tęczówki. 
- Melanie Hover – przedstawiła się, kładąc przed sobą teczkę z aktami. - Wiesz dlaczego tu jesteś?
- Nie... - szepnęła, nie mogąc pokręcić głową, co zamierzała wcześniej uczynić.
- Nie zrobiłaś nic złego. Taka się urodziłaś i nie miałaś na to wpływu – kobieta podjęła się monologu, który chyba wyjątkowo ją nudził. Wyglądała jakby mówiła to już po raz setny tego dnia. - ale nie możesz tak po prostu chodzić po ulicy, chociaż uwierz mi, gdyby to ode mnie zależało, puściłabym cię wolno. - Otworzyła teczkę, niespiesznie zabierając się do przeglądania zawartych tam kartek. Strona za stroną, wodziła wzrokiem po literkach, od czasu do czasu wzdychając, albo poprawiając niesforny kosmyk, który wciąż uciekał w kierunku jej bladej twarzy.
- Jesteś pielęgniarką, matką, córką... Nie ma się do czego przeczepić. - Uśmiechnęła się ciepło, a potem nagle spoważniała, zamknęła teczkę i oparła się wygodnie, krzyżując ręce. - Ale potrafisz tworzyć iluzje. Jesteś w tym piekielnie dobra. Mieliśmy tam w barze mały podgląd, musieliśmy się upewnić. Teraz ci nie odpuszczą, kochanie. Przykro mi.
- Nie mogę tutaj zostać. Proszę, wypuście mnie... - Słone łzy popłynęły po policzkach dziewczyny, która gdyby mogła, pewnie trzęsła by się nie gorzej niż galaretka.
- Twój syn jest bezpieczny. Twoi rodzice zajmą się nim trochę dłużej niż było to w planach.
- Trochę...?
- Trochę. Widzisz, mówimy tutaj albo o kilku dniach, albo o kilku tygodniach... albo muszę cofnąć te słowa i powiedzieć, że już nigdy nie będziesz mogła tam wrócić.
- Dlaczego to robicie?... - Ledwo widziała, przez zaszklone oczy. - Nie zrobię nic, nie będę... nie będę... tylko błagam, wypuście mnie, błagam...
- Lucy... Eh, wiedziałam, że się nie nadajesz – westchnęła, zmieniając postawę ciała. Jej twarz nieco się rozluźniła, a jeśli dobrze się przypatrzeć, w jej oczach można było by dostrzec współczucie. - Nie jesteś materiałem na agentkę, ale nie masz wyjścia. Nie będę bawić się w te głupie gierki, jakich oczekuje zarząd. Postawię sprawę jasno. Zrezygnujesz z pracy w szpitalu, od dzisiaj jesteś naszym człowiekiem. Nie sądzę, żebyś była zdolna do wyjazdów w teren, ale możesz się przydać na wiele innych sposobów. Sekretarka, koordynatorka... chociaż to też niekoniecznie, ale... o! Przypiszemy cię do skrzydła medycznego i wszyscy będą szczęśliwi.
- Chcę tylko wrócić do domu...
- Wrócisz, kiedy będziesz godna zaufania. Oni nie mogą wypuścić kogoś z twoją mocą ot tak. Musisz to zrozumieć. I zrozumiesz, kiedy się przyzwyczaisz.
- Lubię moje życie, nie chcę niczego zmieniać, do niczego się przyzwyczajać...
- Polubisz nowe życie, kiedy otrzymasz pierwszą wypłatę. - Melanie uśmiechnęła się lekko. - Mówimy tutaj o sumie, dzięki której będziesz mogła zabierać swojego syna na wakacje do egzotycznych krajów, a nasza organizacja załatwi dla was dobry hotel i masę atrakcji. Wiele można o nich powiedzieć, ale o swoich ludzi dbają.
Widząc subtelną zmianę w wyrazie twarzy Lucy, Melanie kontynuowała.
- Masz pieniądze żeby posłać go do dobrej szkoły? Żeby kupować mu na gwiazdkę to, o czym marzy? Nawet jeśli się starasz, musisz brać nadgodziny. Mały ma z tobą coraz mniejszy kontakt, czyż nie?
Lucy posmutniała, opuściła wzrok na blat stołu. 
- Nie myśl o tym jak o karze, ale jak o szansie. Przydzielimy ci mieszkanie w hotelu po drugiej stronie ulicy, tam mieszka większość naszych agentów. Wprowadzisz się tam z...- zerknęła do akt – z Kurtem i obiecuję, że nie zabraknie wam niczego. Nie będziesz musiała ograniczać kontaktów zresztą rodziny, ale nie możesz mówić im o SO. W ich mniemaniu masz nadal pracować w szpitalu, a na nowe mieszkanie masz pieniądze dzięki spadkowi po ciotce twojego męża. Czy to jasne?
Lucy przez chwilę milczała, nie podnosząc wzroku, analizując jej słowa i w myślach nakreślając listę plusów oraz minusów. 
- Tak...
- Za chwilę przyjdzie tu jeszcze jakiś gościu, który dokładnie ci wszystko wyjaśni. Nie jesteśmy źli, ale musimy robić, to co musimy – powiedziała, wstając, po czym cicho westchnęła. - Mam przed sobą jeszcze dwie takie rozmowy. Spotkamy się wieczorem na kolacji, ktoś pokaże Ci drogę, kiedy już ulokujesz się w tymczasowym pokoju.
Kiedy tylko wyszła, Lucy na nowo zaczęła czuć swoje ciało. Przeszkadzało jej niemal niemożliwe do zniesienia mrowienie, ale i to wkrótce ustało. Mogła się wreszcie wypłakać.
Tymczasem Melanie Hover spacerowym krokiem przemieszczała się po wąskim korytarzu. Na długiej ścianie znajdowało się dziesięć par drzwi, rozmieszczonych co kilka metrów. Na każdych z nich zamontowano numerek. Każe z nich prowadziło do takiego samego pokoiku jak ten, z którego wyszła przed momentem. 
Nacisnęła klamkę do „szóstki” i weszła do środka, od razu napotykając groźne spojrzenie niebieskich oczu, lekko przysłoniętych przez czarną grzywkę. Dziewczyna nie odezwała się słowem, kiedy Melanie zajęła miejsce naprzeciwko niej. 
- Nazywam się Melanie Hover, witaj w SO - rozpoczęła obojętnym tonem i zabrała się do czytania akt. - Robin Lee Honeycutt. Szczerze mówiąc... jesteś dla nas absolutną niespodzianką. Nie wiedzieliśmy, że jesteś obdarzona taka mocą, ani że w ogóle mocą... Avery miał cię ukryć, kiedy stało się jasne, że szybko nie wyjdziesz.
Kobieta zerknęła na nią, ale wyraz jej twarzy się nie zmienił. Ostre, czujne spojrzenie, utkwione w fioletowych tęczówkach Melanie. 
- Nie tak trudno było znaleźć coś na twój temat. O wiele łatwiej, niż byś tego chciała. W każdym razie nie możesz odmówić mojej propozycji. Nie tylko dlatego, że... naprawdę nie możesz. Ale też dlatego, że jest fantastyczna.
Kolejne zerknięcie znad papierów. Robin wyglądała jak zaklęta przez czarnoksiężnika. 
- Wiesz co teraz z tobą będzie?
Nadal zero odzewu.
- Od dzisiaj twoje życie się zmieni. Na lepsze. Zamieszkasz w przyjemnym mieszkanku w hotelu po drugiej stronie ulicy, kilka razy w tygodniu przyjdziesz na trening czy lekcję. Twoje miesięczne wynagrodzenie pozwoli ci żyć na całkiem niezłym poziomie, a i zostanie coś, żeby przesłać mamusi. Od czasu do czasu zdarzy się misja, z pewnością będziesz miała okazję wykorzystać swoje zdolności, także te... które wykorzystałaś, by trzy dni temu zwinąć zegarek mojemu szefowi, ale nie martw się, nie powiem, że to ty. Mam co do ciebie wielkie plany, Robin.
Kiedy po raz kolejny popatrzyła na dziewczynę, znowu nie dostrzegła zmiany. Cichutko westchnęła, ale nie była to oznaka zirytowania, a raczej znak, że skończyła pewną część monologu, który zaplanowała. 
- Jesteś wrogo nastawiona i to rozumiem. Wielu naszych agentów siedziało tu kiedyś z taką samą miną, a dzisiaj wiodą pełne przygód życie, co i rusz wyjeżdżając na Kajmany czy Hawaje. Są szczęśliwi, mają możliwości, o których kiedyś nawet nie marzyli. Pytaj o co chcesz.
Ale Robin nie zapytała. Patrzyły na siebie w ciszy przez kilka sekund, obydwie zbyt silne i zdeterminowane, by odwrócić wzrok i dać drugiej wygrać ten pojedynek. 
Melanie uśmiechnęła się szczerze i przyjaźnie. 
- Lubię cię, Robin. Nadajesz się. Widzę to – powiedziała. - Chyba trochę cię korci, co? I dobrze, bardzo dobrze. Nie pożałujesz. Dajemy ci dużą swobodę, ale liczymy na zaufanie i lojalność. Musisz wiedzieć, że ci, którzy się od nas odwracają nie kończą dobrze. Ale takich przypadków było niewiele. Ludzie wiedzą, gdzie im dobrze i tu zostają.
Po raz kolejny odpowiedziała jej cisza. 
- Czujesz się samotna, co? Od paru lat nie zawiązałaś żadnej bliższej przyjaźni? Swoją matkę na żywo widziałaś po raz ostatni w dzień, gdy wyjechałaś z Chicago? Potrzebujesz rodziny, Robin. Nie wmawiaj mi, że tak nie jest. Może przyzwyczaiłaś się już do samotności, ale pomysł, czy naprawdę tego chcesz. Ja odpowiem, bo nie jesteś zbyt rozmowną osobą. Nie chcesz. Nie chcesz być sama. A tutaj nie będziesz. Tutaj każdy się zna, nikt nikogo nie ocenia, dbamy o siebie i osłaniamy się w razie zagrożenia. Nigdy nie sądziłam, że ja sama będę tego potrzebować, ale cóż, życie bywa zaskakujące.
Robin po raz pierwszy odwróciła wzrok. Jakby posmutniała. Melanie uznała to za dobry znak.
- Twoja przeszłość... to nie będzie w żaden sposób piętnowane. Wiele z tych dzieciaków robiło to samo, bo uważały się za wyrzutków, którzy nie mogą wieść normalnego życia. Teraz wiedzą, że normalne życie jest do kitu i radzą sobie nie tylko nie gorzej niż ci pospolici Kowalscy, ale i nawet sto razy lepiej. Daj mi szansę, udowodnię ci.
Robin przez chwilę biegała wzrokiem po kafelkach na podłodze, ale później popatrzyła na Melanie. Przyglądała się jej z zastanowieniem.
- Widzę cię pierwszy raz w życiu, dlaczego miałabym ci zaufać?
- Bo potrzebujesz komuś zaufać, Robin. Obiecuję, że nie pożałujesz.
- Co jeśli nie? Będę mogła odejść? Z tego co mówiłaś... to chyba nie.
- To się nie stanie, ale jeśli coś nie będzie ci do końca pasować... cóż, wtedy porozmawiamy i postaramy się to naprawić. SO próbuje wszystkiego, zanim przyjdzie czas na ostateczność.
- Ostateczność... - prychnęła, wiedząc co kryje się za tym słowem.
- Robin – Melanie zawarła w swoim tonie ostrzeżenie. - Jeżeli ktoś staje się zbyt niebezpieczny i nie słucha próśb... wtedy nie ma wyjścia. Naraziłabyś tysiące żyć? Wolisz być odpowiedzialna za śmierć pół miliona osób czy jednego człowieka?
Przez dłuższy czas milczała, myśląc. 
- W porządku.
Została ostatnia z nich. Kiedy Melanie zmierzała w stronę drzwi, nie musiała nawet patrzeć na numer, bo złorzeczenia pod adresem całego świata, były na tyle głośne, że namierzyłby je nawet przygłuchy dziadek z odległości kilkuset metrów.
- Jeśli będziesz tak krzyczeć, zaknebluje cię – powiedziała niby poważnie, a niby na żarty.
- Kim jesteś? Wypuść mnie! Słyszysz?!
Kobieta usiadła i uśmiechnęła się pod nosem. 
- Aż nazbyt wyraźnie.
- Więc proszę, działaj!
- Twój mechanizm obronny jest skierowany w bardzo złym kierunku.
- Mój mechanizm to moja sprawa! Nie zgadzam się by mnie tu przetrzymywano! Masz mnie natychmiast wypuścić! Zadzwonię do mojego adwo-
Nagle poczuła paraliżujący niedowład dolnej części twarzy. Nie potrafiła poruszać ustami. Przerażonym wzrokiem mierzyła nowo-przybyłą, żądając tym samym odpowiedzi.
- Od razu lepiej. A teraz do rzeczy: nazywam się Melanie Hover, bardzo miło mi cię witać w SO, bla, bla, bla... No, zostałaś zrekrutowana. Gratulacje. Wiesz, ja właściwie  nie jestem przekonana, ale zarząd nalegał ze względu na twoja matkę, która miała rewelacyjne wyniki. Chyba liczyli, że odziedziczyłaś trochę tych tajniackich genów i mogą zrobić z ciebie agentkę. Ale to samo mówili o... no zresztą. Nie wiem czy lubisz swoje dotychczasowe życie, czy nie... ale dzisiaj zaczynasz nowe, z pewnością ciekawsze. Pracują dla nas ludzie tacy jak ty, mający przeróżne, niewytłumaczalne zdolności. Może twoje nie są spektakularne... - powiedziała, czytając informacje zawarte w teczce – ale ujdą. Bardziej widziałabym cię jako asystentkę członka zarządu, niż agentkę, no ale to się jeszcze okaże. Możliwości awansu są u nas spore. Co cię jeszcze może zachęcić? Kasa. Otrzymujemy fundusze od rządu, od mniej lub bardziej anonimowych darczyńców, są też procenty od wielu misji, gdzie znajdujemy coś cennego... W każdym razie po paru latach pracy stać cię będzie na willę z basenem i przyzwoite Lamborghini.
Widząc trochę spokojniejsze spojrzenie dziewczyny, postanowiła pozwolić jej mówić. 
Nora przez chwilę kręciła ustami, czując nieprzyjemne kłucie. 
- Coś ty mówiła o mojej matce? - zapytała zła jak osa.
- Że była nasza agentką. Była trochę młodsza od ciebie pracowała tu jakieś... siedem, osiem lat.
- Ale ona nawet... nie ma...
- Czego? - zachęciła ją, w duchu solidnie rozbawiona niewiedzą młodej panny Hunt.
- ...mocy.
- Ma, ma. Najwyraźniej nie czuła potrzeby, by ci o tym mówić.
- Nie czuła potrzeby!? - warknęła. - Jak mogła nie czuć potrzeby!?
Melanie wzruszyła ramionami.
- Porozmawiasz z nią później, teraz zajmujemy się tobą, Elinore.
- Nora. Mam na imię Nora.
- W porządku, jak dla mnie możesz nazywać się nawet i Hermenegilda, ale jestem tu, żeby otrzymać twoją zgodę i zamierzam to zrobić.
- Co jeśli ci się nie uda?
- To nie ja będę miała wtedy przykrą przygodę.
- O co tu w ogóle chodzi? Dlaczego teraz nagle chcecie mnie u siebie, kimkolwiek czy czymkolwiek naprawdę jesteście...?
- To tak przy okazji... Sprowadziliśmy do „Wściekłego Wróbla” Lucy Goodman, a że byłaś w pobliżu, to postanowiliśmy za jednym zamachem złapać dwie rybki. A trafiła się i trzecia. Tak, to był dobry dzień.
Nora cały czas na końcu języka miała kilka pytań, jednak wciąż nie była przekonana czy powinna je zadać. Melanie zauważyła to wahanie i spoważniała.
- Chcesz pogadać o Avery'm?
- Mówił dziwne rzeczy...
- Ale prawdziwe.
Nora zerknęła na nią, z lekko ściśniętymi w zastanowieniu brwiami. 
- To znaczy? Kazałam mu spieprzać zanim dowiedziałam się więcej...
- Lilia Tarasov nie mogła mieć dzieci, chociaż bardzo, bardzo chciała. A ja byłam w ciąży, chociaż było mi to bardzo, bardzo nie na rękę... Twoja matka wpadła na pomysł, więc go zrealizowałyśmy.
Melanie nie wydawała się  być tym jakoś specjalnie przejęta. Jej mina nie wyrażała właściwie żadnych emocji. Za to Nora wyglądała na wstrząśniętą. 
- Ty? Ty jesteś jego... Ty! Co do diabła... A-ale... Lilia była... No jak? Dlaczego? Jak możesz... Wyglądasz maksymalnie na jakieś trzydzieści lat! Kłamiesz.
- Nie. Sugerowałam ci wcześniej, że istnieje parę osób z ciekawymi zdolnościami, prawda? Może wykorzystywałabyś tę wiedzę, dodała dwa do dwóch... Mam, nie chwaląc się, dziewięćdziesiąt trzy lata.
- Okej, okej... - Pokiwała głową, próbując poukładać sobie w myślach nowe informacje. - Powiedziałaś mu dopiero na pogrzebie Lilii. To był serio taki dobry moment?...
- Nora, skończmy ten temat. Porozmawiaj z Avery'm. Powiedział, że jutro przyjdzie sprawdzić co z tobą. Dzisiaj i kilka najbliższych dni przenocujesz w przygotowanym już pokoju. Później dostaniesz mieszkanie. Oczywiście jak już zarobisz, będziesz się mogła przeprowadzić gdzie tylko będziesz chciała, po uzgodnieniu z nami. Ale jeśli masz być koordynatorką, to będziesz pracowała w tym budynku, więc przeprowadzka gdzieś dalej byłaby wielce nie praktyczna.
- Dlaczego nie mogłabym być agentką, tylko jakąś koordynatorką, hm?
- Cóż, to wynika z mojej powierzchownej oceny.
- Jeszcze zobaczymy.
- Zobaczymy. 

poniedziałek, 23 listopada 2015

1. Got a real good feelin’ something bad about to happen...

Wieczory w barze „u Wściekłego Wróbla” przynosiły najwięcej zysku. O godzinie dwudziestej zaczynali pojawiać się stali klienci, a wychodzili dopiero nad ranem, o ile wcześniej nie wyrzucono ich za awanturowanie się, co było w tym miejscu nadzwyczaj częstym zjawiskiem. 
Ludzie lubili to miejsce. Dla niektórych stanowiło drugi dom, azyl albo przyjemną odskocznię od szarej rzeczywistości. Duży, klimatyczny lokal zawsze gościł ich z całą swoją otwartością i tolerancją. Tam każdy był równy i mógł wyrażać swoje poglądy tak długo, dopóki nie dostał po mordzie od pierwszego mniej wyrozumiałego rozmówcy, jednakże tacy zdarzali się stosunkowo rzadko.
No, trzeba jednak szczerze przyznać, że podstawową zachętą dla klientów tegoż przybytku była łatwa możliwość szybkiej wymiany informacji bądź towaru. 
Na taką właśnie sugestię zareagowała Robin Honeycutt. Potrzebowała pasera, który pomógłby jej sprzedać rzadki egzemplarz Rolexa, którego ukradła kilka dni wcześniej spotkanemu na ulicy starszemu mężczyźnie. 
Nie za wysoka, za to bardzo drobna i szczupła dziewczyna z czarnymi jak smoła włosami usiadła na obrotowym krześle barowym tuż przy ladzie. Bar nie był jeszcze zupełnie zapełniony. Miejsca obok niej pozostawały puste. 
- Co podać? - usłyszała głos barmanki i podniosła wzrok.
- Ja tylko na kogoś czekam, dzięki – odparła i posłała młodej kobiecie najbardziej sympatyczny uśmiech na jaki było ją stać.
- Gdyby co, wiesz gdzie mnie szukać.
Robin skinęła głową, ciekawsko zerkając w kierunku drzwi na zaplecze. Drugi barman powinien pojawić się na nocnej zmianie lada chwila. 
Z nudów rozglądała się po sali, gdzie dopiero zaczynali schodzić się stali bywalcy. Zauważyła też cichą, nie zwracającą na siebie uwagi blondynkę w kącie pomieszczenia. Siedziała sama, nad szklaneczką whisky i chyba sama za bardzo nie wiedziała, co podkusiło ją, by pojawić się w takim miejscu. Jej uwagę zwróciła po chwili inna dziewczyna. Szatynka pewnym siebie krokiem weszła do lokalu, wpuszczając do środka trochę chłodnego, grudniowego powietrza. 
Nie zwalniając się podeszła do baru i poprosiła o tequilę. 
Robin rzuciła jej dyskretne spojrzenie, gdy przybyszka usiadła tuż obok, otrzymawszy zamówienie. Dopiero wtedy zdjęła płaszcz i powiesiła go na oparciu krzesła. 
Robin odnotowała kolejną falę chłodu nadchodzącą od strony drzwi wejściowych, ale nie zawracała sobie głowy analizowaniem twarzy nowego klienta. 
- Wiesz co, właściwie napiłabym się piwa – powiedziała do barmanki, która z zadowolonym uśmiechem złapała za pusty kufel i podstawiła go pod nalewak.
- Spóźnia się? - zapytała na pozór obojętnym tonem, za którym czaiła się chorobliwa ciekawość.
Robin popatrzyła na nią, próbując odczytać prawdziwe intencje. Ruda burza kręconych włosów nadawała jej oryginalny wygląd, co w połączeniu z rumieńcami, spowodowanymi kilkugodzinną pracą za barem, sprawiało, że kobieta sprawiała wrażenie uroczej i szczerze zainteresowanej losem smutnej nieznajomej. 
- Tylko trochę. Dzięki...
- Do usług. A dla ciebie coś więcej? - zwróciła się do szatynki, która praktycznie nie dawała oznak życia, gapiąc się w szklankę. Gdyby nie to, że raz po raz przesuwała naczynie po podkładce, barmanka uznałaby ją za pogrążoną we śnie.
Dziewczyna podskoczyła w miejscu, budząc się ze skomplikowanych rozmyślań. Zaraz potem jednym haustem dokończyła swój trunek.
- Jeszcze raz to samo. A później zobaczymy – powiedziała.
- Zły dzień?
- Dekada. Zła dekada – westchnęła, siląc się na smutny uśmiech, który po kilku sekundach nabrał trochę życia. - Ale nie ma tego złego, czego nie może naprawić moja przyjaciółka tequila.
- Lubię swój tok myślenia. Może zostawić ci butelkę, kochanie, hm?
- Fantastyczna inicjatywa – zgodziła się, nalewając sobie kolejną porcję.
Nie zdążyła nawet odstawić jej na ladę, kiedy obok pojawił się blond włosy młodzieniec. Z wyzywającym uśmieszkiem usiadł obok niej, nawiązując kontakt wzrokowy. Nie przerywając go, przesunął w kierunku nieco zirytowanej barmanki banknot o niemałym nominale i wyszeptał:
- Poproszę mocnego drinka dla tej ślicznotki.
- Jestem mężatką – odpowiedziała bezbarwnym tonem, zupełnie zbijając z tropu młodego zdobywcę.
Chłopak przez kilka sekund analizował fakty, kiedy ona beznamiętnie upiła łyk z pełnej do połowy szklanki, a potem ewakuował się, by szukać szczęścia w innej części baru. 
- Wcale nie jesteś mężatką -  powiedziała Robin, zwracając na siebie uwagę nieznajomej i barmanki. Obydwie patrzyły na nią z lekko uniesionymi brwiami. - Sorki, po prostu... nie wyglądasz na taką.
- Tak? To trzeba dostosować się do odpowiednich wymogów wizualnych? Abstynentka po trzydziestce, w spódnicy za kolano, z dziecięciem wiszącym u szyi jak małpiatka?
- Rozumiem, nie moja sprawa – Robin uśmiechnęła się przepraszająco i odwróciła się głowę, ale tamta nie zamierzała odpuścić. Przysunęła się bliżej, razem ze szklanką i butelką.
- Nie, nie. To ciekawe, wiesz, jak ludzie oceniają po pozorach. Uwielbiam to! Tak wiele można o tobie powiedzieć nawet cię nie znając. Kim jesteś? Powiedziałabym, że spragnioną uwagi dziewczynką, która wtyka nos w nieswoje sprawy, bo pragnie uwagi. Co? Rodzice cię nie kochali? Nie masz przyjaciół? Uciekłaś z domu? - mówiła szybko i nakręcała się coraz bardziej.
Robin tylko westchnęła, lekko się uśmiechając. 
- Coś w tym stylu – odpowiedziała ani trochę nie zasmucona.
Tamta dziewczyna powoli wypuściła z płuc powietrze, wyciszając się. 
- Przepraszam, nie powinnam była... - szepnęła cicho, a potem nieśmiało podniosła wzrok. - Zwykle nie gadam z ludźmi poznanymi w takich barach, ale co mi tam. Jestem Nora. - Wyciągnęła rękę, którą Robin szybko i energicznie uścisnęła.
- Mam na imię Robin i uciekłam z domu kiedy miałam siedemnaście lat. Lubię obserwować ludzi i oceniać ich, przyznaję się bez bicia. Ale nie jestem zbyt surowym sędzią – odparła z przymrużeniem oka.
- Więc co jeszcze o mnie powiesz, hm?
- To, że wyglądasz jak chodzące nieszczęście. Ta dekada była aż tak tragiczna?
- Cóż... poprzednia była lepsza. Mogę się pocieszać tym, że inni mają gorzej. To straszne, ale takie prawdziwe!
- Nie gadaj... To zawsze działa!
- Jesteśmy okropne... - Nora jęknęła, chowając twarz w dłoniach i cicho się śmiejąc.
- E tam, wszyscy tak robią. Tacy są ludzie.
- Chyba tak. Tak czy inaczej, co tu robisz, Robin? Często bywasz w takich wysokiej klasy obiektach kulturalnych?
- Taka ze mnie intelektualistka, co zrobić. - Wzruszyła ramionami. - A ty?
- Mam się spotkać z moim starym kumplem. Nie widzieliśmy się parę lat i... to trochę dziwne. Dziwne uczucie. Kiedyś byliśmy nierozłączni, mówiliśmy sobie wszystko i marzyłam, żeby był moim bratem, bo tak go traktowałam. A on mnie jak swoją młodszą siostrzyczkę. W sumie nawet lepiej, bo ani razu się nie biliśmy – mówiła, nostalgicznie się uśmiechając - a od trzech lat nie zamieniliśmy jednego słowa. To znaczy aż do zeszłego tygodnia. Napisał do mnie na facebooku, kiedy dowiedział się, że znowu jestem w Nowym Jorku i zaproponował spotkanie. Nie wiedziałam nawet, że ciągle tu jest. No wiesz, kiedyś to on wyjechał bez słowa. Boże, przepraszam, że cię tym zanudzam. Chyba ja też nie mam przyjaciół... - parsknęła śmiechem, który przeistoczył się w teatralne chlipanie.
- Sama zapytałam. - Robin odpowiedziała rezolutnie i z uśmiechem, chcąc trochę ją pocieszyć. - Co to za kumpel?
- Pracuje tutaj, chyba jako barman. Z resztą, co innego mógłby tu robić...
- Pracuje? Oh... - Pokiwała głową, zastanawiając się nad tym, czy warto użyć tej znajomości. Postanowiła, że poczeka na dalszy rozwój wypadków, co nastąpiło w miarę szybko, bo drzwi od zaplecza otworzyły się nagle i z hukiem uderzyły o stojącą za nimi szafkę z kolekcją alkoholi.
Czarnowłosy i czarnooki chłopak opatulony w skórzaną kurtkę wszedł do środka zacierając ręce. 
- Aniya... błagam o wybaczenie – zwrócił się do rudej w dramatycznej pozie. Dziewczyna tylko wywróciła oczami i odrzuciła swój fartuszek na krzesło, na którym siedziała, gdy miała chwilę przerwy.
- Po prostu rób swoje, a ja idę do domu. Mój kot umiera przez ciebie z głodu – powiedziała poważnym tonem, a wychodząc uderzyła go w ramię.
Chłopak zadowolony z efektu odwiesił kurtkę na wieszak i wzrokiem ogarnął salę. Wtedy napotkał na  niepewne spojrzenie Nory. 
Przez chwilę stał jak wryty, dopiero po chwili obudził się, kiedy usłyszał „no chodź tu” ze znacznie mniejszej odległości niż powinien. Nora szła w jego kierunku, sprawnie omijając kant lady i rzuciła mu się na szyję. Bez wahania przytulił ją do siebie z cichym westchnieniem ulgi. 
- Nie byłem pewien czy się pojawisz – wyznał szczerze, kiedy puściła go i odsunęła, by lepiej się mu przyjrzeć.
- „Nie byłeś pewien”, Tarasow? Gdybym była w gorszym humorze zdzieliłabym cię za taką niewiarę we mnie.
- Cudownym zrządzeniem losu, jesteś już trochę pijana, Hunt.
- Masz szczęście – odparła z lekko kpiącym uśmieszkiem. Niespiesznie wróciła na swoje miejsce. - Nie zmieniłeś się aż tak bardzo – oceniła po chwili analizowania jego twarzy.
- Ty  też, Hunt. Ty też.
- W ogóle to poznaj Robin!- Nora przypomniała sobie o nowej koleżance w momencie gdy ta powoli sączyła swoje piwo, starając się znaleźć w tym zajęcie odpowiednie do niewinnego podsłuchiwania rozmowy. Kiedy usłyszała swoje imię zakrztusiła się i chwilę zajęło jej dojście do siebie. Nora cierpliwie poklepywała ją po plecach.
- H-hej – powiedziała z przerwą na pojedyncze kaszlnięcie, co pewnie nie wypadło jako powitanie roku. Niezrażona uśmiechnęła się do barmana swoim najlepszym uśmiechem, na co on odpowiedział tym samym.
- Jestem Avery – powiedział. - Długo się znacie?
- Jaasne, jakieś piętnaście minut – odpowiedziała, siląc się na powagę i porozumiewawczo zerkając na Norę, która przyjmując podobny wyraz twarzy kiwała głową.
- Cała wieczność – dodała.
- W porządku, drogie panie. - Avery Tarasov wyjął spod lady trzy kieliszki, do których nalał wódki. Dwa z nich podał dziewczętom, trzeci złapał osobiście. - W takim razie za przyjaźń – wzniósł toast.
- Przepraszam... - usłyszeli nieśmiały, dziewczęcy głosik i w tej samej chwili popatrzyli w stronę blondynki, którą wcześniej Robin zauważyła samą przy stoliku w kącie lokalu. - Chciałam uregulować rachunek... - Na jej twarzy błądził niepewny, uprzejmy uśmiech.
- Oczywiście, kwiatuszku, zaczekaj chwilę – Avery zajął się kasą, jednak Robin i Nora wciąż przyglądały się skromnie ubranej klientce, która bardzo odbiegała wyglądem od reszty tutejszych gości.
- Wyglądasz jakbyś potrzebowała jeszcze co najmniej trzy razy tyle... - powiedziała Robin w jej kierunku.
Blondynka wydawała się zaskoczona, ale już po chwili znów przyjęła neutralną minę sympatycznej nieznajomej. 
- Myślę, że już mi wystarczy.
- Gówno prawda – prychnęła Nora i posadziła ją na krześle obok siebie. - Kochana, trafiłaś pod właściwy adres. Możesz się zwierzyć i się upić, a my dotrzymamy ci towarzystwa! - zawołała wesoło.
Dziewczyna patrzyła na nią szeroko otwartymi oczami, kurczowo zaciskając obie dłonie na torebce. Jednakże szybko poluźniła uścisk i cichutko westchnęła, na chwilę odwracając wzrok ku podłodze. 
- W porządku... - odpowiedziała ledwie dosłyszalnie.
- Dobry początek – Nora położyła dłoń na jej ramieniu i uśmiechnęła się szeroko. - Mam na imię Nora, a to jest Robin.
- Lucy.
- Kocham to imię! - wyrwała się Robin, trochę naruszając przestrzeń osobistą Nory, żeby w ogóle przebić się do nowo poznanej. Siedziała dalej i ledwo słyszała jej słowa.
Po kilku kolejkach brandy i tequili zaczęła się otwierać. 
- Opuściłam dom kiedy miałam osiemnaście lat, Nate był o rok starszy. Tak bardzo bałam się powiedzieć o tym rodzicom, że nie potrafiłam stanąć z nimi oko w oko. Zostawiłam list w kuchni, a o trzeciej trzydzieści nad ranem wyjechaliśmy do San Francisco.
- Jej, to jest naprawdę świetne! - Robin popatrzyła na Lucy z nieukrywanym zachwytem.
- Totalnie – przyznała Nora – ale też smutne, że musieliście uciekać, żeby być razem...
- Było ciężko. Było jeszcze ciężej kiedy zaszłam w ciążę i urodził się Kurt, ale byliśmy nawet szczęśliwsi. Nie wiem czy wiecie jak to jest, ale... nie da się tego opisać... - blondynka kontynuowała z uśmiechem. - Jest dla mnie całym światem.
Dotknęła pozłacanego wisiorka z kształcie serca. Łagodnym ruchem otworzyła go, by pokazać dwa zdjęcia, które znajdowały się w środku. 
- To jest Kurt, a to Nate – przedstawiła chłopca z ciemnymi włosami oraz swojego męża, postawnego blondyna.
- Musicie być cudowną parą.
- Byliśmy – powiedziała próbując utrzymać uśmiech, ale nie udawało się jej to do końca. Zamknęła serduszko powoli, bez pośpiechu, patrząc w dół, by nie ukazywać łez, ale nie dała rady. Pociągnęła nosem i zacisnęła usta w cienką linię, jednak i to nie pomogło.
- Lucy...? -  Robin zwróciła się do niej wyraźnie zmartwiona. Nora złapała blondynkę za rękę. - Co się stało? Dlaczego płaczesz...
- Był żołnierzem... Służył na bliskim wschodzie... Dwa lata temu, w Iraku... Cały jego pluton dostał się w ręce wroga, to była zasadzka... o-oni nie mieli szans...
- Boże... - Nora natychmiast zeskoczyła z krzesła by objąć Lucy, która rozpłakała się już na dobre. - Kochanie, tak nam przykro... Nie wiedziałyśmy, może nie powinnyśmy tak wypytywać... - Zerknęła na Robin, która była równie przejęta.
- N-nie... właściwie to wam dziękuję... Rzadko o tym mówię, ale jeśli już dam radę t-to później jest lepiej... - Kolejne pociągnięcie nosem. - Dziękuję... - Lucy posłała obydwu dziewczętom pełne wdzięczności spojrzenie.
- A twój synek, Kurt, ile ma lat? Jest uroczy – Nora próbowała zmienić temat. - Wygląda jak aniołek. Czy to tylko tak do zdjęcia, co? - Uśmiechnęła się, ciągle trzymając Lucy w delikatnym objęciu.
- Sześć. Ma sześć lat – odpowiedziała, unosząc kąciki ust i jednocześnie ścierając łzy dłonią z zaczerwienionych policzków. - Jest moim skarbem, najcenniejszym na świecie.
Robin sączyła piwo, od czasu do czasu zerkając na dziewczyny, które omawiały już całą przyszłość małego chłopca. Nie przepadała za dziećmi, więc nie angażowała się w rozmowę. Podniosła wzrok, by skrzyżować spojrzenia z Avery'm. Chłopak zbliżył się wtedy do lady i oparł się o nią z zadziornym uśmieszkiem. 
- Nie mogę pozwolić damie się nudzić – wyszeptał.
Chociaż w lokalu panował już zgiełk, a podpici kibice krzyczeli przed ekranem telewizora wiszącego na ścianie kilka metrów dalej, Robin doskonale słyszała każe wypowiedziane przez Avery'ego słowo. Był na tyle blisko, że mogła bez wysiłku zdmuchnąć mu spod oka zabłąkaną rzęsę.
- Jestem otwarta na propozycje – odpowiedziała, subtelnie naśladując jego niski ton głosu.
- Chciałabyś zwiedzić zaplecze? - zapytał, nie spuszczając z niej uważnego spojrzenia.
- Skąd wiesz?
Udała zaskoczoną, a później zgrabnie zeskoczyła z krzesła i mijając pochłonięte rozmową koleżanki ruszyła w kierunku wejścia za bar. Avery w szarmanckim geście otworzył dla niej drzwi, a później szybko rozejrzał się po sali. Każdy zajęty był sobą i nie wyglądało na to, by barman był im potrzebny przez najbliższe kilka minut. A jeśli tak... to sobie poczekają. 
Ledwie przekręcił kluczyk w zamku, a Robin z cała swoją siłą przysnęła go twarzą do ściany, dociskając nóż, który wcześniej wyjęła z wysokiego buta, do szyi chłopaka. 
- Co jest? - wymamrotał, chociaż przeszkadzało mu w tym jego aktualne położenie.
- Jesteś paserem, Avery. Czy twoja przyjaciółka o tym wie?
Przez chwilę milczał, próbował odwrócić głowę, ale nie udało mu się. Po chwili westchnął. 
- Czego chcesz?
- Możemy nawiązać krótkoterminową współpracę. Mam coś do opchnięcia, ale nikogo tu nie znam. Jestem przejazdem. Usłyszałam o tobie jeszcze w Filadelfii.
- Cóż, moja sława mnie wyprzedza...
- Nie jestem pewna, czy to dobrze, biorąc pod uwagę ostrze na twoim gardle.
- Moglibyśmy spekulować. Ale wiesz co? Pomogę ci.
- Dajesz słowo? Macie tutaj kodeks, prawda?
- Ta, mamy. Obiecuję, kochanie, tylko odpuść sobie te popisówkę.
Robin przez kilka sekund nie ruszała się z miejsca, aż w końcu szybkim ruchem odsunęła się od barmana. Wąski korytarz, gdzie się znajdowali, pozwolił mu na natychmiastową reakcję. Avery wybił jej z ręki nóż, jednocześnie odwdzięczając się dziewczynie tym samym, czym ona zaskoczyła go przed momentem. 
Wgniatał ją w ścianę całym ciężarem ciała, z tą drobną różnicą, że stali twarzą w twarz. Nie mogła znieść tego uśmieszku. 
- Przecież cię puściłam – wycedziła przez zęby.
- To nie znaczy, że ja puszczę ciebie.
Z narastającą złością i frustracją z powodu swojej bezsilności, odnotowała jego badawcze spojrzenie, które z jej oczu zjechało na usta, a później jeszcze niżej. 
- Musisz się jeszcze wiele nauczyć – powiedział nagle, na nowo nawiązując kontakt wzrokowy.
- Ty pierwszy dałeś się podejść – odparła, czując się trochę pewniej. Nie zrobiłby jej krzywdy. Za długo się z nią bawił. 
- Nikt nie jest idealny... 
Kciukiem delikatnie pogłaskał ją po policzku. Robin nie mogła dłużej udawać, że zupełnie się jej to nie podoba. Lekko się rozluźniła, a z ust mimowolnie dobiegło ledwo dosłyszalne westchnienie. 
- Co chcesz sprzedać? - zapytał.
- Wewnętrzna lewa kieszeń kurtki.
Zaintrygowany przeniósł rękę ze ściany obok jej głowy do poły czarnej kurtki. Nie zawracał sobie głowy trafieniem od razu w odpowiednie miejsce. Po kilku sekundach wyjął srebrny zegarek i uniósł brew, będąc pod niewątpliwym wrażeniem.
- Może za szybko cię oceniłem, kwiatuszku. - Uśmiechnął się pod nosem, oglądając rolexa. - Biorę dwadzieścia procent – dodał przy okazji.
- Piętnaście.
Podniósł na nią wzrok zaskoczony pewnością siebie i determinacją dziewczyny. 
- Niech stracę. Umowa sto-
Nie dokończył zdania. Obydwoje podskoczyli w miejscu, gdy usłyszeli serię strzałów dobiegających z sali. Po krótkim szoku, Avery natychmiast otworzył drzwi. 
Trzy postacie, ubrane w czarno-zielone kombinezony trzymały karabiny. Jeden stał przy wejściu, dwaj pozostali ustawili się po bokach sali. Wszyscy klienci padli na ziemie, z rękoma na karku, z paniką w szeroko otwartych oczach. Jeden z nich nagle wstał, poderwał się do biegu w stronę toalety, ale ledwo zrobił dwa kroki, gdy pocisk trafił go w plecy, na wysokości serca. Człowiek nie miał szans. Słychać było piski żeńskiej części klienteli i bluzgi pod adresem zamachowców, ze strony panów.
Avery miał tylko chwilę, by zobaczyć co się dzieje, ale okazało się, że dostał od losu o wiele za mało czasu. Stojący przy drzwiach wymierzył w niego i strzelił. 
Wtedy czas się zatrzymał. Naprawdę. 
Avery czul to wyraźnie, ale nie potrafił opisać związanych z tym emocji. Wszystko wokół zamarło, zupełna cisza, zatrzymany obraz. Poczuł jedynie mocne szarpnięcie w dół, a kiedy upadł na podłogę, czas znowu ruszył z kopyta. 
Robin opadła na niego ze strużką krwi wyciekającą z nosa. Zmazała ją rękawem, ciężko oddychając. Chłopak chciał zapytać, co się właśnie stało, ale usłyszał szybkie kroki w stronę lady i pociągnął dziewczynę w bok. Znajdowała się tam wnęka, gdzie mogli się ukryć.